Prawa człowieka ochrzczonego

Celem przyjęcia chrztu jest udział w życiu samego Boga. Po chrzest wyciąga rękę ten, kto chce przekroczyć barierę śmierci, kto chce mieć pewność wiecznej przynależności do Boga. Dokonuje się to przez polanie lub zanurzenie człowieka w wodzie, z równoczesnym wypowiadaniem słów: „ja ciebie chrzczę /to znaczy zanurzam/ w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. W tym momencie serce człowieka zostaje nie tylko oczyszczone z wszelkiego grzechu, ale i wypełnione życiem Bożym. Innymi słowy, człowiek staje się święty. Ta świętość decyduje o naszym pokrewieństwie z Bogiem, stajemy się Jego dziećmi.

Sama tajemnica jakiegokolwiek życia jest dla nas zakryta. Nie znamy ani tajemnicy życia ukrytej w nasieniu maku, ani tajemnicy życia promieniującej z paproci, ani tej, którą nosi w sobie biedronka czy ludzkie serce. Tym bardziej nie znamy tajemnicy życia Bożego. Co najwyżej obserwujemy, w pewnej mierze poznajemy, objawy życia oraz rządzące nim prawa.

Jako dzieci Boże, razem z życiem nadprzyrodzonym otrzymujemy na chrzcie świętym pewne prawa, które wyróżniają nas spośród milionów ludzi nieochrzczonych. Te właśnie prawa odsłaniają nam rąbek tajemnicy owego życia, jakie Bóg w nas zapoczątkował.

Pierwszym z nich jest prawo mówienia Bogu — „Ojcze”. Przez chrzest zmienia się stosunek Boga do nas. Uznaje On nas za swoje dzieci. Objawia nam siebie jako Ojca, i to zawsze dobrego Ojca, nawet wówczas, gdy my jako dzieci okażemy się tego niegodni. Od chrztu modlitwa ma charakter rozmowy rodzinnej. Prośby zanoszone do nieba nie mają nic z oficjalnych podań czekających na łaskawe załatwienie, lecz są bezpośrednim spotkaniem dziecka z Ojcem, które ma przystęp do swego Taty w każdym momencie dnia i nocy. W tym duchu należy odczytać modlitwę „Ojcze nasz”, najpiękniejszy wzór rozmowy Boga z człowiekiem i człowieka z Bogiem.

Ochrzczony otrzymuje również prawo spożywania pokarmu nieśmiertelności. Życie Boże zapoczątkowane w człowieku na chrzcie ma się rozwijać i osiągać pełnię dojrzałości. Do tego jest potrzebny Boski pokarm ustanowiony przez Jezusa Chrystusa w Wieczerniku. Komunię świętą ma prawo przyjąć każdy, kto jest ochrzczony i nie stracił łaski uświęcającej. Wprawdzie w Kościele katolickim po chrzcie nie podaje się niemowlętom Komunii świętej, ale one mają już do niej prawo i tym się różnią od wszystkich nieochrzczonych. Z punktu widzenia praktycznego decyzję przyjęcia chrztu można uzasadnić przez pragnienie przystąpienia do stołu Pańskiego, na którym spoczywa pokarm dający życie wieczne.

Trzecim prawem jest prawo do wsparcia ze strony wspólnoty kościelnej, która przyjmuje członka w swoje szeregi. Chrześcijanin należy do parafii, w której przyjął chrzest, i ta parafia odpowiedzialna jest za niego. On zaś ma wprawdzie wobec niej pewne obowiązki, ale również ma swoje prawa. Ta wspólnota ma go wspierać w rozwoju życia religijnego, ona też, gdyby zabrakło mu środków koniecznych do życia, ma obowiązek podzielić się z nim tym, co posiada. Wspólnie bowiem proszą Ojca „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Chleb zatem, którym dysponuje parafia, jest darem Ojca, udzielonym w odpowiedzi na ich modlitwę, i należy do wszystkich.

Czwarte prawo dotyczy dziedziczenia dóbr, jakie posiada nasz Ojciec niebieski. Każde dziecko ma prawo do udziału w dobrach swoich rodziców. Podobnie Bóg obiecuje swoim dzieciom dziedziczenie wszystkich Jego dóbr. A ponieważ cały świat jest Jego własnością, cały będzie i naszym dziedzictwem. Św. Paweł powiada, że będziemy sądzić nawet aniołów. Dopiero wtedy objawi się w pełni życie, jakie zapoczątkowała w nas łaska na chrzcie świętym. Tu na ziemi mamy już prawo mówić Bogu — „Ojcze”, mamy prawo uczestniczenia w przygotowanej przez Niego Eucharystycznej Uczcie, i możemy liczyć na wsparcie duchowe i materialne ze strony Kościoła. Natomiast biorąc pod uwagę przyszłość, czekamy na udział w szczęściu samego Boga.

Ks. Edward Staniek

Przyjacielskie spotkanie

Spotkanie przyjaciół to czas przelewania bogactwa jednego serca w drugie. Przyjaźń jest dlatego tak piękna, iż umożliwia wzajemne ubogacenie. Oto Matka Jezusa biegnie do swej krewnej, matki Jana Chrzciciela, aby przelać w jej serce bogactwo tajemnicy Wcielenia, w jakiej uczestniczy. Elżbieta przyjmuje Maryję, by w Jej serce przelać bogactwo szczęścia swego macierzyństwa.

W spotkaniu przyjaciół chodzi o przekaz bogactwa, ono zawsze jest pełne treści. Nawet gdy następuje jedynie wymiana spojrzeń, uścisk dłoni, pocałunek. W tych prostych gestach przekazuje się bogactwo serc, którego nie można ująć w słowa.

Podobnie jest w spotkaniu z Bogiem. Idę do Niego, niosąc swoje tajemnice, to, czym żyję, to, co wypełnia mój rozum, moje serce, czasem moje ciało, idę, by Mu to przekazać. On zaś czeka, by mi przekazać swoje tajemnice. Przelać bogactwo swego Serca w moje. Jego troski stają się moimi, a moje Jego troskami.

Doskonale jest to widoczne w modlitwie „Ojcze nasz”. Jezus wskazuje nam w niej treść naszych spotkań z Bogiem. Wpierw Jego bogactwo przelewa się w nasze serca — bogactwo piękna Jego imienia /Ojciec!/, bogactwo Jego Królestwa, mądrość Jego planów /wola/. Następnie nasze troski, nasze sprawy dnia dzisiejszego przelewamy w Jego Serce. Troskę o chleb, o przebaczenie, o zwycięstwo w pokusie, o wybawienie od złego.

Błąd ludzi polega na tym, że idą się modlić, by recytować pacierze, a nie określają tematu swoich spotkań z Bogiem. Nie zamierzają przelać w Jego Serce swoich problemów ani też nie czekają na to, by On przelał swoje tajemnice w ich serca.

Modlitwa to zaproszenie skierowane przez Boga do nas, byśmy wzięli udział w bogactwie tajemnic Jego świata i Jego planów. To włączenie nas w Jego świat. Dlatego modlitwa jest tak bardzo twórcza. Żadna inna chwila dnia nie jest tak twórcza, jak minuty dobrej modlitwy. Ona jest w stanie swym bogactwem opromienić całe dwadzieścia cztery godziny.

Przygotowujemy się do przeżywania Świąt Bożego Narodzenia. Święta to dni modlitwy, dni spotkania z Bogiem w duchu przyjaźni. Oto On czeka nie na koszyk naszych darów, lecz na otwarcie serca i udostępnienie Mu jego tajemnic. Tych pięknych, z których jesteśmy dumni, i tych smutnych, których się wstydzimy. Czeka jak przyjaciel.

Zawartość naszego serca przelana w Jego Serce zostanie oczyszczona i uświęcona. Co cenne, utrwali On na wieczność, co zawstydzające, ogarnie przebaczeniem.

Ważniejsze jednak jest wsłuchanie się w Jego wyznanie, otwarcie na bogactwo Jego tajemnic. Oto samo Boskie życie w duchu przyjaźni wypełnia nasze serca. Przybywa do nas, by uszczęśliwić i ubogacić.

Szczęśliwy, kto w wigilijny wieczór dostrzega nie tylko radosne spotkanie z bliskimi przy stole, ale kto znajdzie chwilę czasu na spotkanie z przychodzącym Bogiem i otworzy się, by wymienić z Nim bogactwo serc. Wigilijny wieczór to czas modlitwy — czas spotkania z Synem Boga, który jako Przyjaciel, jako nasz Brat, przybywa, by się z nami spotkać.

W ramach przygotowania do Bożego Narodzenia warto na kartce zanotować, o czym chcemy z przychodzącym Bogiem porozmawiać. Jakie tajemnice własnego serca chcemy Mu przekazać. A gdy wstaniemy z modlitwy — warto zanotować, jakie Jego tajemnice stały się naszym udziałem. Bóg, który jest miłością, zna dobrze nasze potrzeby i gotów jest ubogacić nas tak, by wszystkie nasze pragnienia zostały zaspokojone.

Nie próbujmy spotkać się z Bogiem dlatego, że wypada, że taki jest obowiązek. Nie chodzi o rytualne zaliczenie spotkania, o to, abyśmy byli w porządku. Modlitwa to jest czas „załatwienia” naszych spraw z Bogiem i czas „załatwienia” Bożych spraw z nami. Ostrość widzenia tych spraw decyduje w dużej mierze o bogactwie i pięknie modlitwy.

Ks. Edward Staniek

 

Od drzewa figowego uczcie się...


Koniec świata zawsze fascynował człowieka. Niewątpliwie przyczyniły się do tego barwne, przemawiające do wyobraźni i mrożące krew w żyłach opisy ewangeliczne. Na ich podstawie powstała cała literatura, a zwłaszcza ikonografia apokaliptyczna. Regularnie pojawiały się także różne przepowiednie i pseudoproroctwa, zapowiadające rychły koniec. Wiele sekt wytrwale próbuje „utrafić” wreszcie na właściwą datę, ale jakoś nigdy im się dotąd nie udało.

Tymczasem celem Chrystusa wcale nie było zabawianie ani straszenie ludzi, ani tym bardziej określanie terminu apokalipsy. Chciał On przekazać ważne prawdy dotyczące naszego zbawienia i naszej postawy w obliczu ostatecznego spotkania z Bogiem, które rozstrzygnie o naszej wieczności. A kiedy to będzie? To już nie takie ważne, bo zawsze trzeba być gotowym, czyli zawsze trzeba żyć według Ewangelii.

Niewątpliwie, dla każdego z nas termin ten w praktyce będzie się pokrywał z chwilą naszej śmierci. Bóg nie chce, abyśmy ten moment znali wcześniej. Tajemnica ta należy w pewnym sensie do istoty człowieczeństwa, do tego stopnia, że Syn Boży, który stał się Człowiekiem, także nie ma mocy objawić tego ludziom.

Ale Bóg wyposażył człowieka w oczy, zdrowy rozsądek, rozum i logikę. Jest to wystarczająco dużo, aby wyciągnąć pewne wnioski, dotyczące ludzkiego życia, śmierci i zbawienia. A tam gdzie rozum nie jest w stanie przeniknąć tajemnicy ludzkiego bytu, tam wkracza objawienie. Bóg sam odsłania przed człowiekiem to, co zakryte. Ale odsłania częściowo, dokładnie tyle, ile jest potrzebne do prawidłowego funkcjonowania w ziemskim życiu.

Bacznie obserwując stworzenie, badając prawa natury, prawa rozwoju społeczeństw, historię ludów i narodów, zgłębiając tajniki psychologii, socjologii, etyki i wielu innych dziedzin, człowiek może się nauczyć aż nadto wiele, aby na tej ziemi żyć sensownie i szczęśliwie. Problem w tym, że nie chcemy się uczyć ani wyciągać wniosków z historii ludzkich błędów, lecz wciąż na nowo popełniamy te same głupstwa. A jeśli nawet wyciągniemy prawidłowe wnioski, to i tak rzadko kiedy stosujemy je w życiu.

Stąd tyle wojen, przemocy, rozwodów, samobójstw i wykolejeń ludzkich losów. A przecież wielu nieszczęść można by uniknąć, gdyby stosować się do zasad, które wypracowali nasi przodkowie, często za bardzo wysoką cenę. Tego chce nas nauczyć Chrystus: abyśmy zmądrzeli i chcieli sami odkrywać prawdę i dobro.

Ale odkryć je, to jeszcze mało: trzeba jeszcze chcieć stosować to, co już wiemy. Bo wiemy i tak co najmniej pięćdziesiąt razy więcej, niż jesteśmy gotowi wykorzystać. Problem nie leży w braku wiedzy, lecz w braku chęci. Warto byłoby stosować taką zasadę: zanim zacznę poznawać teoretycznie kolejne prawa i mądrości, spróbuję wykorzystać i wprowadzić w życie to, co już wiem. Dopiero mądrość praktycznie przyswojona i zrealizowana, jest prawdziwą mądrością, mądrość przeczytana to tak, jak sam przepis na placek: nikogo nie nakarmi.

Dlatego nie dociekajmy, kiedy nastanie koniec świata, jak się on dokona i czy go dożyjemy. Raczej zastanówmy się, czy dziś wykorzystaliśmy wszystkie wskazówki, którymi na ogół kierujemy się w życiu, czy zdarzyło się nam z własnej głupoty czy zaniedbania popełnić jakiś błąd. I przede wszystkim: co zrobić, aby nie powtórzyć tego błędu jutro.

Ks. Mariusz Pohl

"Przygotujcie drogę Panu”

Wszystkich tych, którzy mają jakieś wątpliwości odnośnie autentyzmu Ewangelii, którzy są skłonni uważać ją za baśń i traktować niepoważnie, dzisiejszy fragment św. Łukasza powinien całkowicie przekonać. Trudno byłoby znaleźć inny tekst sprzed dwóch tysięcy lat, który byłby równie mocno osadzony w realiach czasowych. Oczywiście, dzisiaj nam to nie imponuje, bo współczesna technika przyzwyczaiła nas do precyzji tysięczno-sekundowej, a wymiana i przekaz informacji z kontynentu na kontynent trwa niewiele tylko dłużej, ale jak na owe czasy Łukasz był aż nadto precyzyjny, aby można było podejrzewać go o nierzetelność.

Do czego potrzebna mu była taka dokładność? Otóż chciał w ten sposób raz na zawsze udowodnić, że zbawienie było faktem historycznym, który dokonał się w ściśle określonym czasie i miejscu, na oczach wielu wiarygodnych świadków, w powszechnie znanym kontekście historycznym. Wtedy nikomu rozsądnemu nie przyszłoby do głowy, aby to negować. A skoro tak, to tym bardziej nam, obeznanym dobrze z najnowszymi metodami krytycznego badania źródeł historycznych. O tym trzeba zawsze dobrze pamiętać: w przypadku Ewangelii i innych tekstów Nowego Testamentu, mamy do czynienia z najbardziej wiarygodnymi i najlepiej udokumentowanymi przekazami historycznymi, jakie zna dzisiejsza nauka.

Ale do czego jest to potrzebne przeciętnemu słuchaczowi niedzielnej Ewangelii czy czytelnikowi Pisma św.? Otóż nie chodzi tu tylko o kwestie historyczne i krytycznoliterackie niuanse. Chodzi o zbawienie i o wiarę. Bo skłonni jesteśmy nieraz wyobrażać je sobie jako coś niekonkretnego i nie z tego świata. Juliusz Cezar – jak najbardziej! Arystoteles – oczywiście! Pitagoras – proszę bardzo! Ale Jezus z Nazaretu? No, z Nim to już nie wiadomo.

Być może przyczyniły się do takiego myślenia liczne filmy historyczno-przygodowe, z „Kleopatrą” i „Faraonem” na czele. Ruchome obrazki i kolorowe stroje z epoki przemawiają do wyobraźni o wiele lepiej niż suche słowa, ale musimy pamiętać, że z tamtych czasów przetrwały do nas tylko słowa, a obraz jest już tylko fikcją i zręcznym filmowym złudzeniem. Tym niemniej dobrze się stało, że są już zekranizowane także Ewangelie i liczne powieści o Jezusie. Dzięki nim łatwiej przyswoić sobie trudne prawdy ewangeliczne i zrozumieć Jezusa.

Zanim objawił się Jezus z Nazaretu, poprzedziło Go publiczne wystąpienie proroka Jana Chrzciciela. Cała jego działalność była wypełnieniem prastarego proroctwa Izajasza. Nie było to więc zawieszone w próżni, nie było ludzką inicjatywą, szlachetnym zrywem człowieka zmęczonego grzechem, lecz celowym wypełnieniem odwiecznego planu Boga. Tego nie wymyślił Jan Chrzciciel, lecz Bóg, a Jan był tylko wykonawcą, „Głosem” Pana, wołającym na pustyni.

Jan wzywał ludzi do nawrócenia, do wewnętrznej przemiany myślenia, życia, postaw. Ale nie miała – i nie mogła – to być przemiana ostateczna i całkowita. Do takiej bowiem człowiek skażony grzechem nie był zdolny. Miał to być tylko wstęp i przygotowanie do tego, co chciał uczynić Pan Bóg. To On osobiście postanowił przyjść i zbawić człowieka. Ale chciał widzieć z naszej strony jakąś dobrą wolę, jakieś pragnienie przemiany, oczyszczenia, jakiś głód Boga i zbawienia. I w tym sensie słowa Izajasza i posłannictwo Jana są ciągle aktualne. Żebyśmy także my mogli ujrzeć zbawienie Boże.

Ks. Mariusz Pohl
--

Przyjaźń ze świętymi

W naszym wyznaniu wiary od chrztu powtarzamy: „Wierzę w świętych obcowanie” — tzn. wierzę w istnienie łączności między świętymi a mną, wierzę w to, że mogę obcować ze świętymi, a dzieje się to tylko wtedy, kiedy znam konkretnego świętego i mogę z nim zawrzeć przyjaźń. To mnie wprowadzi w wielką wspólnotę ludzi, którzy potrafili wygrać życie. Takim konkretem ukazującym autentyczność wiary w obcowaniu ze świętymi jest troska o to, by znać dokładnie życie przynajmniej kilku świętych. Obecnie w życiorysach ukazuje się konkretnych ludzi, którzy wędrowali drogą naszego szarego życia i potrafili wejść do domu Ojca Niebieskiego. Takie życiorysy dotyczą św. Maksymiliana Kolbego, św. Brata Alberta, św. Rafała Kalinowskiego. W nich już nie kładzie się nacisku na cuda, lecz na konkret życia, który w spotkaniu z tymi świętymi pozwala uwierzyć, że droga Ewangelii jest drogą możliwą do przebycia dla mnie.

Wejście w grono świętych jest wejściem we wspólnotę żyjącą miłością, która ma to do siebie, że zawsze promieniuje. Jeżeli ktoś otwiera swoje serce na spotkanie z człowiekiem wielkiego formatu, to pozostaje pod działaniem doskonałej miłości wspólnoty ludzi świętych i w atmosferze ich miłości o wiele łatwiej mu wędrować ewangeliczną drogą.

Trzeci ważny element, który decyduje o tym, byśmy sięgali w swoim życiu religijnym po spotkanie z konkretnym świętym, to ułatwienie odkrycia świętych ludzi, którzy dziś żyją na ziemi. Oni są obok nas, a my ich nie dostrzegamy dlatego, że mamy jakieś dalekie od prawdy wyobrażenie o świętości i od rzeczywistych wymiarów świętego wędrującego po ziemi. Dopiero autentyczne spotkanie ze św. Bratem Albertem czy św. Rafałem pozwala dostrzec wśród ludzi żyjących obok nas autentycznych świętych idących ewangeliczną drogą.

Wspominamy dziś świętych i wspominamy zmarłych naszych bliskich, z których wielu jest już w ich gronie. Wszyscy zbawieni są święci. Pomyślmy i o naszej świętości, o tym, że jesteśmy w drodze do nieba. Chodzi o to, abyśmy za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, kiedy odprowadzą nas na cmentarz, należeli do grona świętych. Sens naszego życia leży w perspektywie należenia do grona ludzi szczęśliwych. To jest perspektywa nowego świata, który jest oparty na prawie miłości Boga i całego świata, który Bóg stworzył. Ta perspektywa pozwala spokojnie patrzeć na wszystkie trudności, niebezpieczeństwa, niesprawiedliwości, krzywdy, nawet morderstwa, które mają miejsce w świecie. Istnieje wspólnota ludzi żyjących miłością, a my chcemy do tej wiecznej wspólnoty należeć.

Ks. Edward Staniek
--

2011 Rozważania. Ten serwis nie generuje własnych plików cookies ale korzystamy z narzędzia Google Analytics, z usług YouTube i innych, które to serwisy mogą korzystać z plików cookies. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz zmienić ustawienia swojej przeglądarki. Jak wyłączyć pliki cookie? Cookiesowa dyrektywa UE.
Powered by Joomla 1.7 Templates